Cuchnące ryby

with 1 komentarz

fish-422543_1920 Zgodnie z obietnicą dziś o rybach. „Engueuler comme du poisson pourri” czyli w wolnym tłumaczeniu „pokłócić się jak cuchnące ryby” (a dokładnie jak zepsute, albo nawet zdechłe ryby). Powiedzenie tak dosadne jak zabawne po raz pierwszy usłyszałam na wyjeździe szkoleniowym do Lyonu.

Jak to zwykle na takich wyjazdach bywa, po całym dniu siedzenia na tyłku (to w ramach dosadności) należy dobić się i spędzić wieczór siedząc (oczywiście!) na tyłku w restauracji, na wspólnej kolacji. Na szczęście urozmaiceniem tego ciężkiego dnia była kolacja w bardzo dobrej, choć niepozornej, restauracji w starej części Lyonu. Lyon do miast małych nie należy, ale my w ramach gimnastyki udaliśmy się do tej restauracji na piechotę. Dodam, że było to zimą. Kiedy więc dotarliśmy do restauracji humory się wszystkim poprawiły i każdy ochoczo zabrał się do konsumpcji wszystkiego, co nam restaurator pod nos podsuwał. A podsuwał sporo, nie tylko do jedzenia, ale również do picia… (dodam, ze Lyon leży w regionie, gdzie pewnego rodzaju napojów produkuje się w dużych ilościach i dobrej jakości lalalalala …). Smakoszy i koneserów lokalnych trunków w naszym towarzystwie było sporo, wieczór przeciągnął się więc nieco. Po wyjściu z restauracji okazało się, że z transportem ciężko, szczególnie dla tak licznej grupy, najlepszym więc rozwiązaniem na powrót do hotelu jest kolejny spacer. Logistycznie temat skomplikował się szybko i grupa rozbiła się na podgrupy, z których każda, niczym na harcerskich podchodach, sama musiała sobie poradzić z odnalezieniem bazy. Ja znalazłam się w pięcioosobowej grupie, z której bardzo szybko wyłoniła się przywódczyni wyposażona w iphona i białe trampki do biegania (nigdy ich nie zapomnę…). Powrót do hotelu okazał się prawdziwą ścieżką zdrowia, bo przywódczyni nie bacząc na nasze nieśmiałe „my już tedy przechodziliśmy” i „wydaje mi się, że nasz hotel jest w tamtą stronę” leciała przez miasto jak opętana słuchając tylko swojej osobistej nawigacji. A my, chcąc nie chcąc, kurcgalopkiem za nią.  Nie wiem ile czasu trwało nasze krążenie po mieście, ważne do hotelu w końcu dotarliśmy.

Inaczej sytuacja wyglądała w dwuosobowej grupie, w której znalazły się dwie z moich koleżanek. W przeciwieństwie do mojej grupy w ich przywódczyń wyłoniło się dwie (hmm!) i obie jednakowo wyposażone w supersmartphony, w stylu te, które bezbłędnie doprowadzą cię do celu. Jeśli do silnego charakteru i świetnego wyposażenia dorzuci się ilość wypitego burgunda i coraz intensywniej narastającą potrzebę fizjologiczną to od katastrofy dzieli nas już tylko malutki kroczek. Po ponad godzinnym kluczeniu dotarły na plac na tyłach hotelu (!) i nie wiedząc że są tak blisko celu, obudziły pól dzielnicy kłócąc się, no właśnie, jak dwie cuchnące ryby.

A TERAZ KILKA FAKTOW

Powiedzenie to tak bardzo mnie bawi, ze postanowiłam poszukać, skąd się wzięło. Konkretnych historycznych odnośników nie znalazłam. Powiedzenie pojawiło się prawdopodobnie na początku XX wieku i prawdopodobnie w środowisku podatnym (według źródła) na kłótnie, czyli targowych sprzedawców ryb.  Istnieje swoją drogą inne francuskie powiedzenie, raczej pejoratywne, które mówi, że ktoś krzyczy „jak sprzedawczyni ryb”. Używa się go w odniesieniu do osób, które po prostu pyskują. Więc może coś w tej teorii jest.

Jest też taka, która mówi, że traktuje się kogoś z tak niewielką estymą jaką można mieć dla zdechłej ryby.  Osobiście zdechłej ryby nie darze wielką miłością, więc i ta teoria wydaje mi się przekonująca.

POLSKI ODPOWIEDNIK ?

A jak się do tego ustosunkowuje nasz bogaty język? Przychodzi mi na myśl „zmieszać kogoś z błotem„.

A wam? Jakieś inne skojarzenia?