Początek emigracji – odcinek 1

with 14 komentarzy

Francja

Początek emigracji

Wpadłam niedawno na kilka tekstów, które pisałam i wysłałam do znajomych relacjonując im moje życie na samym początku pobytu we Francji. Postanowiłam zamieścić je tutaj na blogu mając nadzieję, że zainteresują Was moje przeżycia i obserwacje z tamtego okresu. A mają one równo 10 lat. Dzisiaj pierwszy z tych tekstów. To zabawne, bo zupełnie nie pamiętałam co napisałam. Czytałam ten tekst tak, jakbym go nigdy wcześniej na oczy nie widziała. Trochę się pośmiałam i trochę pokiwałam głową bo wyświetliły mi się przed oczami wspomnienia z tego, jakby nie było, nie najłatwiejszego okresu w moim życiu.

Wrzesień 2005

Ok, no i wylądowałam w obcym kraju. Na jak długo tego nie wiem. Zobaczymy. Ile wytrzymam – bo na razie tak o tym myślę – niestety…. Francuzi póki co doprowadzają mnie do głębokiej rozpaczy swoim brakiem organizacji i brakiem odpowiedzialności. Ale może to są po prostu trudne początki, a potem już będzie cudownie, będę tylko piła wino i jadła kozi ser????…… Bez komentarza…..

A właśnie, tak a propos wina, to wolny czas, jako że mieszkam póki co w hotelu (&é@^\#{|[\^!!!!!) odmierzam ilością wypitego wina. Obecnie zwiedzam regał w przedziale cenowym 1 euro – 2 euro. Całkiem nieźle można się zabawić już na poziomie 1,5 euro za butelkę. I tutaj uwaga, wino zaczęłam odmierzać na “centolitry” (sama to wymyśliłam!) – przy założeniu że nie wychodzimy (bo na razie nie ma po co) poza regal do 2euro za szt, stan optymalnego zadowolenia można osiągnąć już przy poziomie 80 centolitrów (czyli wina wypitego za 80 centów). Przy dawce 100 centolitrów Paryż (nawet przez okno i nawet jeśli ma się widok na cmentarz tak jak ja w tej chwili) wygląda już naprawdę ładnie. Przy dawce 150 centolitrów ma się już nieodpartą ochotę poinformować przyjaciół (bo może nie wiedza?) o tym jakie piękne jest życie. Jednak taka dawka 150 ma niestety zgubne skutki (jeśli rano się idzie do pracy) – otóż ma się po niej całkiem polskiego kaca…. Postanowiłam wiec, póki co pozostać na poziomie 80 no 90 centolitrów.

Sobota

Poszłam na obiad na Montmartre. Wybrałam sobie jakąś nawet fajnie wyglądającą knajpkę, usiadłam na zewnątrz przy maleńkim stoliczku dla krasnali. Podszedł kelner, młody, très charmant, i pyta co sobie Mademoiselle (czyli ja) życzy. Ja na to piękną francuszczyzną (w tym miejscu mocno ubarwiam) że coś bym zjadła i tak dalej. Pan mi coś tam polecił, ja coś tam zamówiłam i czekam. Obok mnie siedzi Pani i gada coś do siebie. I to wcale nie cicho. No ale patrzę, że nie tak do końca do siebie, jak pierwsza lepsza wariatka, tylko że tłumaczy sobie pisemko (ma pisemko + słowniczek, taki malutki, jak dla krasnali). Zapuściłam żurawia i na pisemko i na słowniczek – oba po francusku… Może to jednak jest pierwsza lepsza wariatka…. Ok, nie zwracam na nią uwagi bo się przyczepi!

“Mademoiselle” słyszę – a jednak – przyczepiła się – “ekskuze mła, łot kantry ar ju from? (oho, moja francuszczyzna nie była idealna….) Oh, oh, du ju kam from Itali? Ju luk lajk pipol from Itali” Ja jej na to grzecznie, że nie, że jestem z Polski. Czy wspomniałam, że Pani nie miała przedniego zęba, na głowie miała sznurkowy kapelutek, na szyi szaliczek, brązowy sweterek, długą spódnicę, czarne lakierki na metalowej szpileczce z gołą piętą, z których to bucików wychylał się ogromny pęcherz? Fuj! I do tego cały czas pociągała nosem i okropnie charczała. “Ah, Polonia, Polonia, aj noł Polonia. Łot is de nejm of „gad” in de lengłicz of Polonia pipol?” Zrobiłam głupią minę, bo nie wiedziałam o co babie chodzi. Czy o to jak jest “good” po polsku czy co? Chyba zrozumiała, że  nie wiem o co jej chodzi, bo wzięła kartkę i napisała Y H W H i mówi “Oh, oh mademoiselle if ju rid dis leters it mins “jahwe” end if ju rid this in frencz lengłicz it mins “żehowa”. Ojojoj, z całym szacunkiem, pomyślałam, ale o takich rzeczach to nie będę rozmawiała przy sałatce – bo już ją dostałam. Ale Pani nie dawała za wygraną – “soł, Mademoiselle; gad hes hed e nejm. Łot is it in de lengłicz of Polonia pipol?’ Mowie, że nie wiem, że  naprawdę nie wiem (i staram się jak mogę wyglądać jak ktoś, kto po raz pierwszy w życiu słyszy imię Jehowa). Ale Pani była twarda. Pogadała sobie coś pod nosem, dalej tłumacząc gazetkę z francuskiego na francuski, i zwróciła się do mnie “Ekskuze mła Madame (o, w ciągu 10 minut przesiadywania w kawiarni zmienił się mój status społeczny), Polonia, Polonia, łot is de gritest moniument in Polonia? De gritest, ju noł Madame, in Paris it is Tour Eiffel, Notre Dame, Sacre Couer … end łot is in Polonia?” Oj, nie chce mi się z babą gadać “W Polsce jest tak samo. Jest dużo ważnych budynków” (co jej będę gadała o Pałacu Kultury). “oh, oh, de sejm, rijelli ? Oh, oh aj anderstend“. No i dobra myślę sobie, teraz się odczepi. Mijają dwie minuty… nie, nie odczepi się… „Madame, aj fink aj em mejking mistejk” (naprawdę?) “Polonia łoz priviesly Rusja, det is łaj aj dont noł Polonia. Jes, it łoz Rusja?”  NO! POLAND WAS NEVER RUSSIA!!!!!! NEVER!!!! NEVER!!!! NEVER!!!!!”

“Oh, of, Polonia łoz newer Rusja… – wyglądała na zawiedzioną „aj, fot Polonia łoz Rusja…” “NEVER!!!!” odpowiadam (!) Pani i odwracam się do niej plecami – już czas stanowczo zakończyć te znajomość …

Jaka płynie z tego nauka? Jeśli sądzisz, że będziesz musiała walczyć z widmem polskiego hydraulika, w najmniej oczekiwanym momencie mogą Cie zaskoczyć rusofile!

Niedziela

Idę sobie koło jakiegoś Jardin (trochę tu ich maja) i na murku stoi puszka po piwie. W pewnej chwili, powodowana nagłym podmuchem wiatru, puszka spada mi wprost pod nogi, rozpryskując resztę piwa na chodniku. Co to była za puszka? Po piwie Żywiec. To chyba jakiś znak? Tylko jaki? Ktoś wie?

Ostatnia niedzielna obserwacja. Jem obiad, w knajpce (innej, tym razem niedaleko Luwru). Kelner, oczywiście très charmant, pyta po chwili rozmowy ze mną, czy jestem z Włoch (ale się uparli…), ja na to że nie. To może z Hiszpanii – on na to, ja – że nie, no to skąd Pani jest – widocznie skończyły mu się państwa. Z Polski – ja na to. Naprawdę???? Wygląda Pani bardzo “latina”, jak Hiszpanka, ma Pani piękny uśmiech, taki “por fiesta”.

Kelnerzy to wielki skarb tego francuskiego narodu!!!!!!

A w Paryżu już jesień… i mój początek emigracji.

Spodobał Ci się ten tekst? Podziel się nim za pomocą guzików poniżej.