Początek emigracji odcinek 4

with 1 komentarz

Poczatek emigracji ParyzPrzyznaję, że usunęłam z tej publikacji kilka intymnych fragmentów. Nie mam ochoty dzielić się akurat nimi, ale zapraszam Was do przeczytania pozostałej części. Jest to już czwarty odcinek z serii „Początek emigracji”.

25 października 2005, Paryż

Właśnie obejrzałam Indochiny. No i się popłakałam. W ogóle Francja to dla mnie jak na razie taki kraj, w którym się dużo płacze.

A, przed chwilą dostałam od przyjaciół esemesa: „No i dupa! Kaczyński prezydentem. Ale za to Polak wygrał konkurs chopinowski”. Ble, nie chcę takiego prezydenta. Myślałam, że zostanę tu maks 2 lata. Czy to oznacza że powinnam dłużej?

Przepraszam, obejrzałam Indochiny, wykańczam butelkę wina, jestem w nieco melancholijnym nastroju.

Gdyby mnie ktoś zapytał czego się do tej pory nauczyłam o Francji to bym powiedziała, że już teraz wiem co znaczy.znaczy “ambiwalencja”. Nie wiem co prawda jaka jest reszta FR, kiedy się w niej mieszka, ale Paryż taki właśnie jest. To, że ciągle się tu zalewam łzami też to właśnie opisuje. Nie, nie martwcie się, nie płacze tylko dlatego, że mi smutno. Tu się nie da nie płakać. Ja tu płaczę z różnych powodów. Poszłam któregoś dnia na Montmartre, wspięłam się na Sacre Cœur, lubię to miejsce (dziwne, nie wiem jak to się dzieje, ale mam już tu miejsca, które lubię i te, w których się źle czuję). Usiadłam na schodach, popatrzyłam na Paryż, popatrzyłam na ludzi i czuję, że nie mogę oderwać wzroku od dwóch facetów – jeden wygląda jak Chińczyk, drugi jak Arab. Wyraźnie przyszli na spacer. Skromnie ubrani. Smutek i tęsknota na twarzy (stałam się specjalistką w rozpoznawaniu tego na kilometr). Rozmawiają łamanym francuskim. Francuzi są przyzwyczajeni, jest tutaj tylu obcokrajowców – ja się poryczałam i wróciłam do domu. Wiało od nich takim smutkiem i taką tęsknotą, że nie byłam w stanie tego znieść.

Niedzielni “wariaci”. To oddzielny temat. W tygodniu w metrze o pewnych godzinach jest tyle ludzi, że mysz się nie mogłaby wcisnąć. Ale niedziela to zupełnie inna sprawa. Ludzie wszelkich wyznań jadą do kościoła, potem z niego wracają, jadą na spacer, są wyluzowani. I wtedy niedzielni wariaci mogą działać.

Wariat n°1. A w zasadzie to para. Pan i Pani. Pan z trąbą. Pani ze stelażem pod torbę na zakupy. Wiecie o co mi chodzi – z takich toreb korzystają staruszki idące na targ. No to ona miała tylko stelaż. Do niego przymocowane srebrną taśmą akumulator i walkman. Wpadają do wagonu prawie równo z zamknięciem drzwi, metro rusza, występ się zaczyna. Pan gra najpierw skoczną, nowoorleańską melodię, wszyscy pasażerowie przytupują, bo się nie da inaczej. Jako podkład leci muzyczka z walkmana przymocowanego do wózeczka. Potem grają jakiś inny standardzik, ale włączają śpiew. Tekst jak następuje: “oh caramel, oh carameeeel, ooooh caramel, oh caaaaramel”. Bardzo pięknie. Pan śpiewa i podgrywa, Pani śpiewa i gra na grzechotce. Potem Pan już tylko gra, Pani zbiera pieniążki. Minęły 3 stacje metra. Wyskakują i przesiadają się do innego wagonu. Teatr rusza od nowa. To było pierwsze moje z nimi spotkanie. Za drugim razem wszystko oprócz repertuaru wyglądało podobnie. Tylko ze tym razem grali włoskie romanse i też śpiewali “oh caramel, oh carameeeel, ooooh caramel, oh caaaaramel”….. Tym razem się już popłakałam. Trochę z tej smutnej melodii, trochę z głupoty – no bo jak można tak ciągle o tym karmelu śpiewać, to nie ma sensu. A trochę nad ich losem.

Wariat n°2. Wsiada niepostrzeżenie do wagonu. Absolutne zgranie z metrowymi drzwiami. W tym samym czasie, kiedy one się zamykały Pan rozłożył swój kramik, w mgnienie oka. Siedziałam 10 cm od niego. Widziałam wszystko. Pan rozłożył czarną płachtę i zręcznym ruchem rozpiął ja miedzy dwoma słupkami, włączył muzyczny podkład z magnetofonu (zasilanego z akumulatora, oczywiście!) i przedstawienie ruszyło. Nie pamiętam melodii, ani tym bardziej tekstu piosenki, ale rzecz była zdaje się o dwóch postaciach (przynajmniej tylu kukiełkowych aktorów brało udział). Jedna to była połączenie zużytej piłki lekarskiej i wełnianej skarpety, a druga to samodzielna szara, wełniana skarpeta. Piłka lekarska była przecięta na pol, to tworzyło paszczękę kukiełki, miała oczy, co nadawało jej nieco “ludzki” (ale jednak demoniczny) wygląd. Szara skarpeta, po doprawieniu szarych, długich uszu, robiła za zająca. Kukiełki skakały i tańczyły nad czarną płachtą w rytm akumulatorowej muzyki. Ja siedziałam wbita w oparcie, absolutnie zahipnotyzowana i jednocześnie zażenowana. Przyznam szczerze, że tej piłki lekarskiej to się normalnie bałam. Szara skarpeta-zając była trochę dalej ode mnie, ale wydawała mi się nieco bardziej przyjazna… Muzyczka się skoczyła, pan jednym ruchem zdjął z rak kukiełki, z drążków płachtę, i zaczął zbierać pieniążki “za spektakl”. Nie dałam ani centa. Byłam za bardzo przerażona. Piłka lekarska mnie zamurowała…

Wariat n°3. Wsiadamy do metra. Normalni, szarzy pasażerowie. Metro rusza. Tym razem co?  Pan, któremu się ubzdurało, że jest gimnastyczką. Zaczął od delikatnego rozkroku. Dodam, że był w dżinsach, więc już na wstępie musiało mu być ciężko. Na nosie przeciwsłoneczne okulary ściągnięte gumka z tylu głowy. Ale potem rozkrok zaczął pogłębiać, wiec stało się dla mnie jasne, że próbuje zrobić szpagat. Wszystko by było ok, gdyby nie to, że zaczął wydawać dźwięki mające wyraźnie zwrócić na niego uwagę. Jedno powiem – cel osiągnął. Nie mogłam od niego oderwać oczu – nie oszukujmy się, nie szlo mu, chciałam mu pomoc, ale mniej więcej w momencie, kiedy wylądował pupą na drzwiach – robił ten swój szpagat, ale stracił równowagę – metro zatrzymało się na mojej stacji. Nie wiem czy mu się udało, do końcowej stacji miał jeszcze kawałek…. Mam nadzieje, że tak. Żal mi go było mimo wszystko….

N°4. Tych wariatami nie można nazwać. Idę w podziemiach metra na Bastylii. I już z daleka słyszę znana melodie “Hej sokoły”. Podchodzę bliżej i co widzę? Pełen zespół, profeska, instrumenty (nie jakaś akumulatorowa ściema!), wszyscy śpiewają, chyba z 6 sztuk w sumie. Ukraińcy. Śpiewają po ukraińsku “Hej sokoły”. No i co? Pomyślicie, że oszalałam. Ledwie się opanowałam żeby się do nich nie przyłączyć! Oczywiście wyszłam z metra zalana łzami. Kurcze, tutaj to wszystko nabiera innych kolorów. 

N°5. Pan Chińczyk. Chyba, nie jestem pewna, ale do końca jeszcze nie rozróżniam. Grał na jakimś instrumencie w przejściu metra. Instrument wydawał płaczliwe jęki. Utwór się po chwili skończył. Pan zaczął śpiewać. Wydając płaczliwe jęki. I co się stało. Zamknęłam oczy i znalazłam się na gdzieś w azjatyckich górach. Potem zaczął grac na piszczałce… Tak pięknie i tak tęsknie. Stałam na końcu peronu, to całe przedstawienie, z pozoru jęczące, sprawiło, że mimowolnie zaczęłam się przybliżać do miejsca, gdzie siedział muzyk. Po chwili co się okazało, że chyba nie tylko mnie przez chwilę przeniosło w inne miejsce… Wokół pana zrobił się niezły tłumek. Jakaś dziewczyna wrzuciła pieniążek do kapelusza. Uprzedziła mnie o ułamek sekundy. Już w garści trzymałam resztkę monet. Nie wiem czy to nie był przypadkiem pierwszy raz kiedy wrzuciłam komuś na “ulicy” jakiś pieniądz. Zanim przyjechało metro widziałam jak ludzie sięgają po portfele. Pierwszy raz w tym świrniętym mieście widziałam taką zbiorową “chorobę”. Pierwszy raz żałowałam, że metro już przyjechało. Nie pierwszy raz ryczałam.

Pomyślicie może, że się zrobiłam tu jakaś neurotyczna. Nie. Po prostu w pewnym sensie jestem tu sama. Mam dużo czasu na myślenie. Ta „samotność“ zmusza mnie to rozglądania się.

W piątek kupiłam kolorowe, metalowe pudełko, z napisem „pudełko na cukry“ (tak właśnie jest napisane, nie kłamię). Pani w sklepie zapytała czy to prezent dla kogoś. Powiedziałam je że to prezent dla mnie samej. Postanowiłam, że będzie dobrze.

Interesują Cię  poprzednie odcinki? Znajdziesz je tutaj:

Początek emigracji odcinek 1

Początek emigracji odcinek 2

Początek emigracji odcinek 3