Rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić we Francji

with 21 komentarzy

ManekinDo czego nie mogę się przyzwyczaić we Francji

Ha! Do czego tak naprawdę nie mogę się przyzwyczaić we Francji? Hmmm… Po 10 latach przyzwyczaiłam się już chyba do wszystkiego. Ale uwaga. Między przyzwyczajeniem a akceptacją jest różnica.

Jeśli wpadłeś miedzy wrony musisz krakać jak i one?

Ja się z tym powiedzeniem nie do końca zgadzam. Ale żeby się nie spalać walcząc o bzdury musiałam wypracować równowagę miedzy tolerancją i szacunkiem dla lokalnych obyczajów i protestem przeciwko temu, co mnie bezpośrednio dotyczy.

Lista rzeczy, które mnie zaskoczyły i wzbudziły moje zdziwienie albo nawet irytację nadal jest długa. Niektóre dotykają mnie bardziej, inne mniej. Na niektóre staram się nie zwracać uwagi.

Oto lista tych, z którymi idzie mi najgorzej.

# BUZI BUZI

We Francji całowanie na dzień dobry to rzecz normalna. O ile buziak z przyjaciółmi mi nie przeszkadza zupełnie, uważam go nawet za przyjemna formę przynależności, która przenosi znajomość na inny poziom intymności, o tyle całowanie się z ludźmi, których nie znam nie do końca mi odpowiada. A to co już naprawdę doprowadza mnie do rozpaczy to runda bisous codziennie rano w biurze. Aaaaaa!!!!! Ja nie mogę. Jak to w życiu bywa, na co dzień jesteśmy otoczeni ludźmi, których bardzo lubimy i takimi, których niekoniecznie cenimy. Nie widzę powodu, dla którego miałabym udawać i obcałowywać się ze wszystkimi. Nie wspomnę już o stracie czasu. W końcu do cholery jestem w biurze, a nie urodzinach siostrzenicy. Odmawiam więc kategorycznie całowania się co rano ze wszystkimi. Jak sobie z tym poradziłam? Powiedziałam wszystkim kiedyś – słuchajcie, ja jestem okrutnie asocjalna i uważam, za żenujące całowanie się w pracy. Całuję się tylko z najbliższymi. Wiec dajcie mi spokój. Wszystkich to rozbawiło, a niektórzy nawet przyznali mi racje. Odpadło mi poranne całowanie ;-)

# STRAJKI

Nie jestem przeciwna strajkom. Jestem przeciwna strajkom jako pierwszej formie protestu. Uważam za skrajna głupotę używanie najsilniejszej formy nacisku na pierwszy ogień. W ten sposób szybko kończą się argumenty. Francuzi nie używają eskalacji. Jak coś im się nie podoba od razu strajkują. Dzięki temu nikt na strajki nie zwraca już większej uwagi. No chyba, ze dochodzi do rękoczynów (jak ostatnio w Air France). Poza tym strajki to w tym kraju norma. Nie bez kozery taka tez etykietkę się Francuzom przykleja. I nie mija się on z prawda.

Co więcej przeciwko strajkom wszyscy tu marudzą. No bo wiadomo – strajk rzecz upierdliwa i ludziom życie utrudnia. Zapytałam kiedyś pewnej strajkującej (i niezwykle marudnej) Francuzki, dlaczego tak się sprawy maja. Dlaczego z jednej strony wszyscy jęczą kiedy zaczynają się strajki, a z drugiej w podskokach strajkują jeśli tylko maja okazje? Odpowiedziała mi, że to taka tradycja… Prawdę mówiąc znam lepsze tradycje.

# CHLEB NA STOLE

Do tego naprawdę nie mogę się przyzwyczaić. Wyobraźcie sobie. Knajpka. Pierwsza lepsza z brzegu. Stoliki na ulicy. Kelner przychodzi zebrać brudne naczynia i przeciera wilgotnym czymś (powiedzmy ścierką) ten stolik. Przyjmuje zamówienie. Żebyśmy się za bardzo nie nudzili czekając na jego realizacje przynosi nam koszyk chleba. Chleb to we Francji rzecz ważna. Temat na oddzielny wpis. No i co Francuzi robią. Skubią chleb i kawałek, którego akurat nie żują odkładają bezpośrednio na ten stół. Po 10 latach nadal robi mi się słabo jak to widzę. Najczęściej jako jedyna wyczyniam jakieś cyrkowe akrobacje żeby tylko mój kawałek chleba nie wylądował na stole. Brrrrr

# JĘZYKI

Lenistwo, lenistwo i jeszcze raz lenistwo. Daję Francuzom wielką czerwoną kartkę na to ich lenistwo. Bo inaczej tego nazwać nie mogę. Za dobrze ich poznałam, żeby dać się zwieść, że jest jakiś inny powód, dla którego tak słabo mówią w obcych językach. Usłyszałam już chyba wszystkie możliwe wymówki. Wydaje mi się, że większość Francuzów nie skapowała jeszcze, że aby mówić w jakimś obcym języku 1 czy 2 lekcje tygodniowo w szkole nie wystarczą. Ze trzeba przysiąść i nad tym pracować. Jasne, jedni mają do tego więcej talentu niż inni. Ale talent nigdy nie wystarczy. Nawet najbardziej utalentowani muszą pracować. A Francuzi po prostu tego nie robią. Zaskoczyła mnie różnica między Polską, gdzie od reklam szkół językowych nie można się odpędzić i Francją, gdzie tego prawie wcale nie widać. Chodzenie na lekcje, grupowe czy prywatne, po szkole czy po pracy (!) jest tutaj rzadkością. W zasadzie nie znam nikogo (naprawdę!) kto by swoje umiejętności szlifował. Często z nutką zazdrości niektórzy mi mówią „no tak, ale ty już mówisz, ty masz talent, a nasz system edukacji jest niedobry, jesteśmy naprawdę słabi jeśli chodzi o obce języki„. Bzdura! Ja kiedyś też nie mówiłam, nasz system edukacji nie jest lepszy i tylko ja wiem ile pracy (i pieniędzy, w tym moich rodziców) mnie kosztowało żeby się czegokolwiek nauczyć. Tylko ja wiem dokładnie jak było mi ciężko na początku mojego pobytu we Francji. Malo się nie udusiłam, bo nie mogłam sobie poradzić z „oddychaniem” po francusku. Kiedyś może o tym opowiem.

Tekst ten powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie, ktory dedykujemy akcji „AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM” – Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Wy również możecie wesprzeć akcję dowolną kwotą. Więcej info na stronie siepomaga.

Jeśli interesuje Was odkrycie do czego ciężko jest się przyzwyczaić w Anglii to zajrzyjcie na blog Doroty Nie zawsze poprawne zapiski Dee. A już jutro (20 października) Agaty z Tureckie Kazania opowie, w ramach tego samego projektu, o swoich tureckich doświadczeniach.

Spodobał Ci się ten tekst? Podaj dalej.

  • Ja w Hiszpanii tak samo nie mogłam się przyzwyczaić do buziaków z osobami które dopiero się poznaje:)

  • Piotr Janicki

    A ja nie mam nic przeciwko buziakom. Nie bądźmy tacy na dystans…

    • :-))) Ja tez nie, ale nie ze wszystkimi i nie codziennie, niezmiennie, monotonnie i bez emocji. Za dużo buziaków zabija buziaki. Jestem za jakością buziaków nad ilością buziaków. Buziak rzecz ważna.

      • Piotr Janicki

        Masz rację – buziak to ważna, nawet bardzo ważna rzecz. Co innego buziak na przywitanie, a co innego buziak od/dla partnera/partnerki, gdzie buziak jest kluczową sprawą.

  • NotatkiNiki

    Na buziaki najlepszy sposob (skuteczny) to wspomniec, ze ma sie katar i juz maz ich z glowy i to na pare dni:)) Chleb w knajpie klade na serwetce, bo tez mi jakos nie widzi sie tak po prostu na blacie. A co inni z nim robia to juz ich klopot/)
    Zawsze myslalam, ze Francuzi to najwieksi mistrzowie strajkowania… Ale od czasu gdy pracuje regularnie w Belgii, to musze przyznac, ze pod tym wzgledem Belgowie im dorownuja. Choc z drugiej strony kto przezyl 3 tygodnie strajku generalnego na jesieni 95 roku we Francji, tego juz nic nie zdziwi. A trzeba pamietac, ze wtedy nie istnialo cos takiego jak „service minimum”.
    Natomiast co do jezykow, to zgadzam sie , ze brak ich znajomosci to lenistwo. Podobnie maja Amerykanie i Brytyjczycy. Tylko, ze oni po angielsku sie wszedzie (lepiej lub gorzej) dogadaja, a Francuzi po francusku juz coraz rzadziej, bo XIX wiek dawno sie juz skonczyl :))
    Pozdrawiam Nika

    • W 95 jeszcze mnie tu nie było. Ale pamiętam strajk sprzed 4 czy 5 lat o emerytury. Nawet licealiści poszli strajkować. A ze biuro mam naprzeciwko jednej ze szkol to przez okno oglądałam ich strajkowanie. Wytrzymali do pierwszych wakacji (które tutaj maja co chwila, czyli z grubsza co 6 tygodni). Podczas wakacji jakoś stracili zainteresowanie swoimi przyszłymi emeryturami. Boki można zrywać.

  • Ewiczka

    A ja zawsze myślałam, że to włosi są mistrzami starajkowania ;)

    • Eeee, gdzie tam. Tutaj to strajkowy raj. Obok, w Belgii, tez jest nieźle. A jak się mieszka blisko granicy, jak ja, to w kolko jak nie jedni to drudzy. Jak nie pociągi to samoloty. Po samolotach tramwaje, a po nich autobusy. Potem nauczyciele i przedszkolanki. Potem poczta. Itd…

  • Chyba by mnie też to wszystko irytowało, gdybym mieszkała we Francji. A najbardziej to buzi buzi :)

    • Z buzi buzi to, po tylu latach, już tylko to pracowe mnie doprowadza do rozpaczy. Ale walczę i walczyć o wolność buziowego wyboru nie przestanę ;-)

  • Jak ja Cię rozumiem… :)

  • Kurcze… i co ja teraz napiszę, jak przyjdzie moja kolej? ;)

  • Ciekawy wpis :) bisous bisous z nowo-poznanymi lubię to bo rozwiązuje to dla mnie dylemat „jak się zachować” (różne faux pas zdarza mi się popełnić w Polsce, głównie jak są ludzie z różnych narodowości- najchętniej bym się z wszystkimi całowała, a tak zastanawiam się, komu podać rękę a kogo klepnąć po ramieniu) :} Z chlebem na stole podobnie jest we Włoszech, szczególnie w domach, to też lubię :)

    • Ja dostałam już takiego pomieszania zmysłów, że teraz w Polsce się na wszystkich z buziakami rzucam. I to po sztuk dwie, jak tutaj. Czasem ludzie są zaskoczeni… ;-))

  • Do buzi-buzi tez bym się chyba nie umiała przyzwyczaić. Choć o tym chlebie jeszcze nie słyszałam i zaskoczyłaś mnie tym bardzo.

  • Pingback: PROJEKT JESIENNY - Klub Polki na Obczyźnie()

  • Allochtonka

    Z tym chlebem to rzeczywiście obrzydliwe. Nie tylko odkładanie na stół, ale też lepienie dziwacznych obślinionych kulek… A języki – tu jakby się chyba trochę zmienia. Tego lata byłam w Islandii, gdzie na oko Francuzi stanowili największą procentowo grupę turystów. I, o dziwo!, mówili po angielsku. Na dodatek całkiem sprawnie – nawet z niezłą wymową. :)

  • Pingback: Do czego nie mogę przyzwyczaić się w Irlandii | MyCarlow()

  • Buziaki z obcymi to rzeczywiście udręka. Co do języków to zawsze myślałam, że Francuzi umieją świetnie mówić np.po angielsku, ale nie chcą, bo swój język uważają za najlepszy :p

    • Oj, nieeeee. Nie uczą się narzekając przy tym głośno i bez wstydu na „francuski system edukacji”. Sami braków nie nadrabiają. Szkoda wielka bo wyrabiają sobie tym mizerną reputację.

      • Wiem coś o tym, na blogu kiedyś opisałam swoją pierwszą wycieczkę do Paryża… Nie mogłam dogadać się nawet z recepcjonistą z hotelu!